Jem mało i nie chudnę

Najprostszą odpowiedzią na zdanie „Nie chudnę mimo deficytu”, byłaby odpowiedź „To nie jesteś w deficycie”. Jest szansa, że byłoby to ostatnie zdanie, które przeczytasz w tym artykule i już nigdy tutaj nie wrócisz. Rozłóżmy to więc na czynniki pierwsze i sprawdźmy, co możesz zrobić, by zacząć chudnąć.

Ja naprawdę jem mało i nie chudnę

To jedno z najczęstszych zdań, które słyszę, gdy zwracam komuś uwagę, że jeśli nie chudnie, to musi jeść za dużo.

I bardzo często osoba, która to mówi, nie kłamie.
Nie objada się codziennie, nie kończy dnia pizzą i lodami, nie je zauważalnie „dużo”.
A mimo to waga stoi. Albo co gorsza – rośnie.

I wtedy pojawia się frustracja

„Nic nie działa.”
„Mam wolny metabolizm.”
„Chyba tyję od samego patrzenia na jedzenie.”

Tylko że w wielu przypadkach problem nie leży w tym, że organizm nie chce współpracować.
Problem polega na tym, że z deficytu kalorycznego bardzo łatwo robi się zero albo nadwyżka.

I to zupełnie niepostrzeżenie.

„Jem mało” nie zawsze znaczy „jem mało kalorii”

To, co trzeba zrozumieć, to fakt, że objętość nie równa się kaloryczność.

  • „Przecież to była tylko drożdżówka”

  • „To tylko kawa z łyżeczką cukru”

  • „To tylko garść orzechów”

  • „To tylko trochę oliwy”

  • „To tylko parę kęsów”

  • „To tylko sos”

  • „To tylko mała przekąska”

  • „to tylko coś po drodze”

I właśnie w tych wszystkich „tylko” bardzo często ukrywa się odpowiedź, dlaczego masa ciała stoi.

Bo można zjeść mało objętościowo, a jednocześnie całkiem sporo kalorii.

Moc małych kroków

Czyli jak Twój deficyt niepostrzeżenie staje się nadwyżką.

Bardzo rzadko nadwyżka robi się z jednego wielkiego błędu.
Dużo częściej robi się z małych rzeczy, które:

  • Nie są ważone i liczone, skubnięte na szybko.

  • Nie są traktowane jako „normalny posiłek”.

  • Nie dają sytości, więc koniec końców zapominamy, że były zjedzone.

Nie potrzeba cheat day’a.
Czasem wystarczy zwykły, „normalny” dzień, by zażegnać deficyt.

Policzmy to na prostym przykładzie

Załóżmy, że ktoś ma ustawioną dietę i aktywność tak, żeby mieć około:

500 kcal deficytu dziennie.

Na papierze wszystko idzie w dobrą stronę.

Ale podstępnie do diety wkradają się:

  • 2 łyżki oliwy użyte „na oko” – 180 kcal

  • Kawa z mlekiem i dodatkami – 150 kcal

  • Kilka kęsów czegoś „na szybko” – 120 kcal

  • Garść orzechów – 200 kcal

  • trochę sera, sosu albo podjadania przy gotowaniu — 150 kcal

To daje nam

Razem: 800 kcal

Czyli nagle z planowanego:

-500 kcal

robi się:

+300 kcal nadwyżki

I to bez żadnego objadania się.
Bez fast foodu.
Bez wieczornego „rzucenia się” na jedzenie.

Po prostu: kilka małych rzeczy, których nikt nie potraktował poważnie.

Wierzę Ci, że jesz mało

A raczej, że naprawdę tak myślisz.

Śniadanie było małe.
Obiad normalny.
Kolacja lekka.
Nic strasznego się nie wydarzyło.

Tylko że organizm nie liczy tego, co było „duże” albo „małe” w naszej głowie.

Organizm liczy energię.

A tym samym

A energia bardzo często ukrywa się tam, gdzie najmniej się jej spodziewasz:

  • W dodatkach

  • W płynnych kaloriach

  • W sosach

  • W zdrowych przekąskach

  • W jedzeniu „na próbę”

  • W podjadaniu bez talerza

  • w weekendowym luzie.

I nagle okazuje się, że człowiek naprawdę nie je dużo.
Jednak nadal je za dużo względem swojego celu.

Zdradliwe kalorie

Najczęściej nie są to duże obiady.

Najbardziej zdradliwe są zwykle rzeczy typu:

  • Kawa smakowa

  • Mleko do kilku kaw dziennie

  • Energetyki

  • Soki i napoje

  • Oliwa dolewana „na oko”

  • Masło orzechowe „tylko łyżeczka”

  • Orzechy „bo zdrowe”

  • Kilka kostek czekolady

  • Granola i fit przekąski

  • Hummus, sery, sosy

  • Podjadanie podczas gotowania

I problem nie polega na tym, że te produkty są „złe”.

Problem polega na tym, że są gęste kalorycznie i bardzo łatwo zjada się je mimochodem.

Czyli: mało objętości, dużo kalorii, mało sytości.

Liczby w skali tygodnia

Załóżmy, że codziennie wpada tylko:

300 kcal więcej niż myślisz

Niby nic.

Jedna drożdżówka?
Dwie kawy?
Trochę dodatków?
Kilka kęsów tu i tam?

Liczymy:

300 kcal x 7 dni = 2100 kcal tygodniowo
2100 kcal x 4 tygodnie = 8400 kcal miesięcznie

Czyli w miesiąc robi się z tego ilość energii, która może dać około:

1,1 kg więcej na wadze albo 1,1 kg mniej redukcji, niż się spodziewasz

A jeśli takich „niewidzialnych” kalorii jest nie 300, tylko 500 dziennie?

500 kcal x 7 dni = 3500 kcal tygodniowo
3500 kcal x 4 tygodnie = 14 000 kcal miesięcznie

To już daje około:

1,8 do 2 kg miesięcznie

I właśnie wtedy pojawia się klasyczne:

„Przecież się pilnuję, a nic nie leci.”

Weekend potrafi wyzerować cały tydzień

To też jest bardzo częsty scenariusz.

Od poniedziałku do piątku wszystko jest „ładnie”:

  • Owsianka

  • Sałatka

  • Kurczak z ryżem

  • Dużo wody

  • Zero słodyczy

A potem przychodzi weekend i wpada:

  • Wyjście na śniadanie

  • Kawa na mieście

  • Deser

  • Lampka wina (na pewno nie jedna)

  • Trochę podjadania do serialu

  • Coś wieczorem „bo przecież cały tydzień się pilnowałam”

Znowu policzmy

Od poniedziałku do piątku masz:

-400 kcal dziennie

To daje:

-2000 kcal tygodniowo

Ale w sobotę i niedzielę wpada po:

+1000 kcal ponad plan

Czyli:

+2000 kcal w weekend

Efekt?

Bilans tygodnia = 0

I właśnie dlatego ktoś przez kilka tygodni „trzyma dietę”, a waga stoi.

Nie dlatego, że nic nie robi.
Tylko dlatego, że tygodniowy bilans nie jest już deficytowy.

Największy problem?

Kalorie niepoliczone.

W praktyce najczęściej redukcji nie psują:

  • Ziemniaki

  • Ryż

  • Owsianka

  • Normalny obiad

Najczęściej psują ją rzeczy, których nikt nie liczy.

Czyli:

  • Olej na patelni

  • „Jedna łyżeczka” czegokolwiek

  • Napoje

  • Podjadanie przy gotowaniu

  • Dojadanie po dzieciach lub partnerze

  • Kilka kęsów od kogoś

  • „Tylko spróbowałam”

  • Dodatki do kawy

  • Weekendowe luzowanie zasad

I to jest bardzo niewygodna prawda.

Bo dużo łatwiej powiedzieć:

„Mam wolny metabolizm”

niż:

„mój deficyt po prostu nie jest deficytem”

To nie znaczy, że masz żyć z kalkulatorem w ręku

Nie o to chodzi.

Ten artykuł nie jest po to, żeby kazać Ci ważyć każdy liść sałaty i bać się jedzenia.

Chodzi o świadomość.

Bo czasem wystarczy przez kilka dni naprawdę uczciwie sprawdzić:

  • Ile wpada dodatków

  • Ile jest kalorii w napojach

  • Ile jest podjadania

  • Ile waży „garść”

  • Ile to jest „trochę oliwy”

  • Ile kosztuje weekendowe „luzowanie”

I nagle człowiek widzi coś, czego wcześniej serio nie zauważał.

Nie po to, żeby popaść w obsesję.
Po to, żeby przestać się dziwić, że „jem mało i nie chudnę”.

Dobra wiadomość

Tak samo jak małe kroki niweczą redukcję, tak samo małe kroki mogą odwrócić losy gry! 

Wystarczy, że poprawisz drobne błędy, by uzyskać wielkie efekty.

Bez głodówki.
Bez wyrzeczeń.
Bez drakońskich diet.

Jeśli chcesz przestać zgadywać

I zamiast kolejny raz zastanawiać się, „dlaczego nic nie działa”, wolisz w końcu zobaczyć:
Co realnie Cię blokuje, gdzie uciekają kalorie i jak to poukładać bez popadania w skrajności —zapraszam do kontaktu.

Czasem naprawdę nie trzeba jeść mniej.
Trzeba tylko przestać nieświadomie dokładać to, co zabiera efekty.

Kontakt 

Cennik

O mnie